czwartek, 27 listopada 2014

Torebka Tricolor

Oto moja nowa-stara torebka! Stara, bo zaczęłam ją szyć ponad rok temu z resztek tkanin i jakoś nie mogłam nigdy skończyć. Dopiero po tym, jak wersja niewykończona dostała pozytywne komentarze przy okazji sprzątania (które także obejmowało przeglądanie nieskończonych projektów) wreszcie nabrałam chęci do jej wykończenia. Bardzo się z tego cieszę, bo cierpię na chroniczny brak odpowiedniej torebki,

Okulary słoneczne dziś okazały się bardziej przydatne niż parasol



Właściwie brakowało tylko podszewki i zapięcia. Trochę się napracowałam z tym wnętrzem, bo koniecznie chciałam mieć kilka kieszonek i zapięcie na zamek (skutecznie odstrasza kieszonkowców, w przeciwieństwie do zapięcia na magnes) ale jestem zadowolona. Wykrój opracowałam sama - bardzo lubię zaokrąglone kształty. Postanowiłam podzielić się nim z Wami. Można go pobrać z poniższego zdjęcia.


Należy wydrukować go na arkuszu A4. Jako, że nie zmieścił mi się w całości, trzeba będzie przedłużyć niektóre linie tak, aby się spotkały, oprócz tej między częścią I i II - ta nie powinna spotkać się z dołem. Jak widać, brakuje też górnego rogu, ale myślę, że nietrudno będzie go rozkminić :) Tył torby to obrys całej części. W mojej torebce jest również dno, w postaci paska szerokości 6 cm, ale można to pominąć.

Moją torebkę wysłałam na konkurs zorganizowany przez ETI (po szczegóły zajrzyjcie TUTAJ) w którym można wygrać jedna z 3 maszyn do szycia. Może też podeślecie swoje torby i torebeczki? Myślę, że warto spróbować :)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Jak wykończyć dół spódnicy na maszynie

Przy okazji wełnianej spódniczki podzielę się z Wami pewnym sposobem na wykończenie dołu spódnicy. Zazwyczaj robię to po prostu ręcznie, ale tym razem pokusiłam się o ścieg niewidoczny ale maszynowy.
Ścieg jest o tyle fajny, że nie trzeba wcześniej obrzucać tkaniny zygzakiem, ani niczym innym.


Krok 1. Wyrównujemy brzeg - u mnie zawsze, choćbym nie wiem jak dokładnie rysowała i cięła zawsze jest jakaś nierówność rzędu 1-3 mm, całe szczęście w zapasach.


Krok 2. Zaprasowujemy brzeg pod spód na szerokość ok. 4 cm, jak w przypadku podłożenia ręcznego. Mój sposób na to jak uprasować wełnianą tkaninę wymaga użycia wilgotnej bawełnianej szmatki, którą traktuję rozgrzanym do maksimum żelazkiem bez pary. (Nie patrzcie na markę żelazka bo to nie mój wybór - odkupiłam od koleżanki z pracy, bo się przenosiła na inny kontynent, a mi akurat żelazka brakowało.)


Krok 3. Składamy taki brzeg jeszcze raz, tym razem na zewnątrz, również na szerokość ok. 4 cm, może nieco mniej, tak, aby niewykończony brzeg tkaniny wystawał kilka mm w dół. Tworzy się taka mała harmonijka. Tego złożenia już NIE zaprasowujemy. Mam nadzieję, że na zdjęciu poniżej widać o co mi chodzi.


Krok 4. Szycie. Będziemy potrzebowali do tego specjalnej stopki do szycia blisko brzegu:


Wkładamy złożony podwójnie materiał do maszyny i regulujemy stopkę aby zagięta w dół blaszka wypadała dokładnie w miejscu złożenia, jak również ścieg, aby był wystarczająco szeroki. Należy zastosować ścieg oznaczony poniższym symbolem, coś jakby zygzak co ma dwie różne szerokości i co jakiś czas 'dziabie' również wierzchnią tkaninę.


5. Przeszyliśmy - brzeg jest nie tylko zamocowany ale również obrzucony. Warto go teraz jeszcze rozprasować na płasko, bo co prawda maszyna nie żelazko, ale swoje zagnioty robi. Ja jeszcze przycięłam małe nierówności (ach te nierówności...).


A tak wygląda gotowy brzeg od spodu i z wierzchu.


Myślę, że przy szyciu grubszych tkanin lub w kolorach mieszanych taki szew jest bardzo praktycznym rozwiązaniem. Niestety przy cieńszych tkaninach bardzo łatwo przebić się na drugą stronę, co jest natychmiast widoczne.

piątek, 21 listopada 2014

Wełenka z recyklingu

Na tę paskudną hiszpańską zimę uszyłam sobie taką oto ciepłą wełnianą spódnicę.

Spódnica co prawda zimowa, ale zaczęłam szyć ją latem, na maszynie mamy. Tylko dlatego, że robiąc przegląd znalazłam na dnie szafy kawałki materiału - krótko mówiąc sprutą spódnicę w rozmiarze XL z pięknej szarej wełenki w trochę deszczowy wzór. Już w zeszłym roku zamarzyła mi się szara spódnica, ale... taka zupełnie szara? chyba nie. Jak tylko odkryłam ten materiał, zaraz powróciła wizja szarej spódniczki.


Użyłam modelu już wypróbowanego, Burda 08/2012 - 134, z którego już uszyłam jedną spódnicę, PUBLIKOWANĄ TUTAJ. Jednak tym razem zdecydowałam się nieco wydłużyć wykrój, tak, aby spódnica sięgała kolan, bo co to za zimowa spódnica, która choć ciepła nic nie okrywa? Obie spódnice mają dość wysoką talię i dobrze grzeją w chłodne dni.

Szycie dokończyłam jednak dopiero niedawno, bo brakowało mi podszewki i wykończenia dołu, a nie spieszyło mi się, bo w Hiszpanii w tym roku jesień okazała się bardzo ciepła. 




poniedziałek, 17 listopada 2014

Things I hate about Spain

Dziś trochę nietypowo, podzielę się z Wami moją listą rzeczy których NIE znoszę.

Wiele osób myśli, że mieszkanie w Hiszpanii to wieczne wakacje. Owszem, jest bardzo dużo plusów, o których w Polsce można tylko pomarzyć: słońce przez cały rok (nawet zimą wychodzą dobre zdjęcia w plenerze), wspaniała kuchnia śródziemnomorska, o której mówią, że jest bardziej skuteczna w odchudzaniu od liczenia kalorii (jak donosi TUTAJ BBC), plaża, która zazwyczaj znajduje się nie dalej niż 200-300 km (chyba, że mieszkasz w Madrycie). Muszę też przyznać, że ludzie są jakoś milsi, począwszy od sąsiadów, którzy jak tylko pojawisz się w drzwiach ich portalu, nawet przypadkiem i z wizytą, od razu Cię pozdrawiają. Pani w supermarkecie już zna Twoje przyzwyczajenia: mimo, że standardowo pakuje klientom zakupy w plastikowe worki (!), z góry wie, że przyjdę z własną. Nie mówiąc już o serach, winie i oliwie z oliwek, którą Włosi nierzadko przepakowują do swoich butelek 'made in Italy'.

No dobrze, ale miało być o rzeczach, których nie cierpię.

1. Godziny otwarcia.

Przez pierwszy rok w Hiszpanii myślałam, że wszystkie restauracje na mojej ulicy są permanentnie zamknięte. Nie rozumiałam tylko, dlaczego wciąż wisiały tablice z nazwami. Dopiero kiedy przeszłam się tą samą ulicą po 21.00 odkryłam, że nie tylko nadal działają, ale mają sporo klientów. No tak, ale ja o tej porze nie jestem już głodna!
Dla niewtajemniczonych, restauracje w Hiszpanii są otwarte od 12.00 - 16.00 i wieczorem od 20.00 do 24.00 z małymi wariacjami, tzn. mogą na przykład otwierać pół godziny lub całą godzinę później.

Niestety ze sklepami nie jest lepiej. Na przykład teraz, godzina 15 z minutami, a ja potrzebuję podszewkę do mojej nowej torby. Nic prostszego - ktoś by pomyślał, tylko iść do sklepu. Niestety, sklepy również mają swoje własne godziny otwarcia i do 16 lub 16.30 lub 17 (lub 17.30) są pozamykane. Wiele razy się nacięłam, kiedy liczyłam na to, że przed pracą (zaczynam o 17.00) coś uda mi się kupić - akurat ten sklep była zamknięty do 17.30. Sklepy są otwarte też rano, od 10.00 - 14.00 lub 13.00 (tylko się nie spóźnij!). I bądź tu człowieku mądry.

Trzeba jeszcze dodać, że poszczególne sektory mają prawnie zapewnione dni wolne, i tak na przykład sklepy z odzieżą w poniedziałki rano mają wolne, a kioski z prasą w piątki po południu i wieczorem - tak więc nowej Burdy, mimo, że wyszła w zeszły piątek - kupić nie mogłam.

2. Godziny pracy.
Ja akurat narzekać nie mogę, bo pracuję tylko wieczorami - nie ma to jak szkoła językowa. Ale większość ludzi pracuje od 9 rano do 21. Z 3-4 godzinną przerwą na obiad w środku dnia, w ciągu której nie można nawet się przejść po sklepach, bo wszystko jest ZAMKNIĘTE. W miastach godziny szczytu w ruchu ulicznym się duplikują: rano, w południe, po południu i wieczorem (po 21.00). I dzień z głowy.

3. Szkoła od 3 roku życia.
Niedawno w związku z wprowadzeniem w Polsce obowiązkowej edukacji od 6 roku życia porównywano wiek inicjacji szkolnej w różnych krajach Europy. I dowiedziałam się, że w Hiszpanii do szkoły idą sześciolatki. Bzdura! Nie znam nikogo, kto by tak późno zaczął edukację! Tu dzieci wysyła się do pierwszej klasy w wieku lat 3, czasem 2,5 roku. Jedyny warunek - nie mogą już robić w pieluchy.
Dodam tylko, że Hiszpania jest w ogonie jeśli chodzi o edukację, za to w czołówce jeśli chodzi o tzw. fracaso escolar, czyli liczbę osób, które nie kończą szkoły podstawowej.

4. Strefa czasowa.
Jeśli chodzi o godzinę w Hiszpanii to mamy do czynienia z autentycznym kuriozum. Mimo, że przez półwysep Iberyjski przechodzi południk Greenwich, w dodatku przez jego wschodnią część, godzina jest ta sama co w Polsce. Ba, latem jest to godzina, która patrząc na czas słoneczny, przypada na Kijów i Sankt Petersburg. W praktyce oznacza to, że wszystko jest rozstrojone o 1-2 godziny. Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego Hiszpanie uważają 7 rano za środek nocy? Bo faktycznie jest to 5 rano. Całą prawdę widać na zegarach słonecznych, które wskazują godzinę (lub dwie) wcześniej.
Skąd to się wzięło? Pewien okryty złą famą dyktator, Francisco Franco, zmienił oficjalną godzinę w Hiszpanii już na samym początku swoich rządów, żeby... mieć taka sama jak jego najlepszy przyjaciel w Berlinie! Nie będę mówić kto. Ciekawe, że po zmianie ustroju w latach 70-tych nikt nie pomyślał, aby wrócić do normalnej strefy czasowej. Z drugiej strony, Hiszpanie się całkiem dostosowali do takiego trybu życia, i szkoła zamiast o 8.00, staruje o 9.00 rano. Kolacja o 23.00 wcale nie wypada tak późno jeśli odejmiemy dwie godziny...

5. Kierowcy nie używają kierunkowskazów.
Szczególnie na rondach. A jeśli już to robią, to zazwyczaj mylą kierunek: pokazują w prawo, a jada w lewo. Mimo to, wypadków (tych śmiertelnych) jest w Hiszpanii 3 razy mniej niż w Polsce. Dlaczego tak się dzieje? Hiszpanie jeżdżą wolniej, zwłaszcza w miastach. Na początku wydawało mi się, że ruch odbywa się w zwolnionym tempie ;) W moim mieście jest to ok. 30 km na godzinę, mimo, że dozwolone jest 50. Drugi powód jest taki, że kierowcy zatrzymują się przed przejściem dla pieszych. A trzeci, bardzo prozaiczny, bo zwyczajnie uważają na to co się dzieje na drodze, nie ufają znakom drogowym tylko bacznie obserwują co robią inni uczestnicy ruchu.
Jeszcze na marginesie: jeśli Wam życie miłe, nigdy, ale to przenigdy nie pchajcie się na portugalską autostradę!!!

6. Zimno!!
Mogłoby się wydawać, że to w Polsce powinno być chłodniej. Owszem, temperatura zimą spada poniżej zera, pada śnieg itp. W Hiszpanii widziałam śnieg dwa razy - dzieci wybiegały na ulicę i pozwalały, by płatki pokryły im głowy (następnego dnia nie pojawiły się w szkole, oczywiście). Jednak osobiście wolę -2 stopnie w Polsce niż +6 w Hiszpanii. Przy minusowej temperaturze cała wilgoć po prostu zamarza, a przy 6 stopniach i dużej wilgotności można mieć na sobie 3 swetry i gruby płaszcz, a wilgoć i tak znajdzie drogę do ciała i odpowiedni je ochłodzi...


Żeby było jednak sprawiedliwie, muszę przyznać, że zapuściłam tu już korzonki :)
Na koniec parę fotek dla wytrwałych, którzy dobrnęli do końca mojego wylewnego posta. Jak widzicie, szala jednak przechyla się na korzyść Hiszpanii :)

Gorące źródła w Ourense - wstęp wolny!
Jak w bajce - plaża As Catedrais na północy
Zamburiñas - anyone?
Prehistoryczna osada znana dzisiaj jako Santa Tegra - Hiszpania była zamieszkana
na długo przed pojawieniem się Rzymian...

... a wszystko przez to, że nie mogłam iść po podszewkę.

sobota, 15 listopada 2014

Podniebna piżamka

Jasnoniebieska bawełniana dzianina - kiedy ją kupowałam jeszcze nie wiedziałam, co z niej powstanie. Kupiłam - bo tania, i jeszcze z 70% rabatem. Kto by nie kupił? Ale prędko znalazło się dla niej zastosowanie, spowodowane moim niedoborem piżam z długim rękawem. W Hiszpanii też potrafi być zimno. I tak powstała moja wręcz niebiańska piżamka :)



Wykrój pochodzi raz jeszcze z Burdy 01/2013, modele 111 i 119, z niewielkimi modyfikacjami: spodnie co prawda w pasie są wykończone tkaniną, tak jak w oryginale, ale są proste i mają na dole mankiety (nie cierpię kłaść się spać w długich spodniach i budzić w krótkich!). Bluzka, po raz kolejny, ma 'wyprostowane' rękawy - co tam będę materiał traciła na jakieś marszczenia, jeszcze mnie potem będą po nocy gniotły.



Piżamkę uszyłam na mojej zwykłaśnej maszynie, głównie ściegiem pseudo-owerlokowym, czasem też prostym elastycznym, no i górę wykończyłam podwójną igłą. A przód ozdobiłam taką oto namalowaną chmurką:



Materiał jest bardzo milutki, w sam raz do spania. Pozwolicie, że tym razem nie będzie sesji na modelce ;)
I jeszcze się załapie na poznańskie szycie z dzianiny

-------
Do namalowania chmurki użyłam białej farby, na zdjęciu poniżej, którą utrwala się gorącym żelazkiem (przez szmatkę, oczywiście). Taki system wypróbowałam już na innej koszulce i po kilku praniach malunek pozostaje bez zmian.

środa, 5 listopada 2014

Do odważnych świat należy :)

Pewnie powiecie, że do uszycia tej sukienki odwaga akurat nie jest potrzebna. Może i prawda, bo wykrój jest wyjątkowo prosty. Jednak wiele mnie kosztowało, aby zdecydować się na jej wykonanie, ale głównie ze względu na materiał i jego kolor.

Różową tkaninę kupiłam już chyba 3 lata temu, to chyba rekord jeśli chodzi o moje tkaniny. Kupiłam przez Internet, bo podobał mi się kolor. Jednak gdy przesyłka do mnie dotarła, jakoś straciłam odwagę żeby coś uszyć z takiego mocnego różu, zwłaszcza, że tkanina, jak się okazało, jest z runem. Wykorzystałam inne materiały, które razem z nim kupiłam, a ten trafił do szafy, niechcący rozpoczynając pierwszy stosik z tkaninami...

Jakiś rok później Burda zamieściła wykrój pięknej sukienki, w stylu lat sześćdziesiątych (nr 9/2012), uszyty z tkaniny dokładnie w takim kolorze jak moja. Nawet ten lekki diagonal się zgadzał. Pomyślałam, że uszyję dokładnie coś takiego, ale nie mogłam się odważyć na całą sukienkę w takim mocnym kolorze. Uszyłam w między czasie inną sukienkę z tego wykroju (można ją zobaczyć TUTAJ). Aż w końcu się zdecydowałam uszyć również i różową.


Ci co szyli z tego wykroju zauważą, że znacznie go zwęziłam - nie lubię zbyt luźnych sukienek, bo niezbyt dobrze na mnie leżą. A że tkanina ma jakiś tam procent streczu, to się nie zastanawiałam.

Jako, że sukienka jest bardzo prosta, daje wiele możliwości zestawiania. Na przykład z czarnym kołnierzykiem od bluzeczki...



albo w połączeniu z czerwonym...


albo zupełnie inaczej :)



Bransoletki są z recyklingu. Jako bazę wykorzystałam stare, obśrupane drewniane bransoletki, które obszyłam lamówkami ze skosu w wesołych kolorkach.


Która stylizacja się Wam najbardziej podoba?

piątek, 31 października 2014

Jak wydłużyć wykrój - tutorial

Dzisiaj pokażę Wam mój patent na wydłużanie wykroju. Co prawda nie jestem osobą zbyt wysoką (chociaż w Hiszpanii się nasłuchałam czego innego - tu średnia wzrostu kobiet to 160 cm), i wszelkie góry w średniej rozmiarówce z Burdy (bluzki, sukienki i tak dalej) leżą na mnie jak ulał, to jednak wiele wykrojów, które mi się niezwykle podobają, pojawia się w rozmiarach dla osób niskich. Tak było właśnie z bluzeczką z poprzedniego posta, której wykrój udało mi się 'bezboleśnie' wydłużyć.

Mój sposób nie wymaga, jak to radzą autorzy Burdy, rozcinania i podklejania. Tym bardziej, że papier do pieczenia z Lidla, którego używam do kopiowania wykrojów, nie nadaje się do klejenia: ani taśma klejąca ani nawet dobry klej do papieru go nie trzyma. Raz w przypływie frustracji na widok wykruszającej się warstwy kleju, spięłam go zszywkami... Ale od tego czasu wykombinowałam inny sposób (w stylu: no-fuss), który polega na odpowiednim przygotowaniu papieru PRZED skopiowaniem wykroju z wkładki.


Poniżej prezentuję w kilku krokach o co mi chodzi.

1. Najpierw ustalamy gdzie chcemy wykrój wydłużyć. Burda radzi, żeby zrobić to w połowie wysokości pach, oraz między linią biustu a talią. (Muszę przyznać, że raz nie przedłużyłam wykroju na wysokości pach i zdecydowanie wpływa to negatywnie na swobodę ruchów jeśli model ma rękawy.) W wybranych miejscach miejscach zrobimy na papierze małe zakładki. Umieszczamy zatem na wkładce ucięty kawałek papieru tak, aby jego brzegi przebiegały równolegle do kierunku nitki na wykroju, i odnajdujemy owe miejsca. Tu potrzebna będzie linijka i ekierka.


2. Kiedy ustalimy miejsca wydłużenia wykroju, możemy złożyć papier - uwaga, trzeba to zrobić bardzo dokładnie, brzegi papieru muszą się pokrywać! Najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Burda zaleca wydłużyć górną część wykroju o ok. 7 mm, a pod linią biustu o 13 mm, więc zakładki powinny mieć POŁOWĘ tej szerokości (bo papier jest podwójnie złożony). Dość trudno to wycyrklować, więc zawsze staram się przynajmniej, żeby ta pierwsza miała poniżej 5 mm, a ta druga powyżej. Wychodzi całkiem do rzeczy.


3. W ten sposób uzyskujemy gotowy papier do kopiowania, który nam się potem w magiczny sposób 'wydłuży'. Cały czas musimy uważać, aby się on nie przesunął, najlepiej położyć na nim coś ciężkiego w kilku miejscach lub przypiąć, w miarę możliwości, do wkładki spinaczami.


4. Kopiujemy wykrój - papier z Lidla jest na tyle przejrzysty, że nawet po złożeniu widać znajdujące się pod spodem linie.


5. Teraz należy rozłożyć zakładki i rozprostować arkusz. Podobnie jak w przypadku podklejania paskami papieru, pojawią nam się luki w wykroju.


6. ...które sprytnie zapełniamy, mając na względzie przebieg linii i to, że część z nich jest krzywymi.


I tyle: mamy gotowy wykrój, bez podklejania, bez kombinowania i założę się, że znacznie szybciej niż aplikując sposób rekomendowany przez Burdę :)

____________________________________________
Na koniec jeszcze kilka uwag o tym jak pracować z papierem do pieczenia przy szyciu (jeśli chodzi o pieczenie to chyba lepiej poszukać na innym blogu;). Uważam, że to optymalny materiał do kopiowania, bo jest trwalszy niż bibuła i bardziej przejrzysty. Jedyny mankament to jego ograniczona szerokość, ale rolka z Lidla nadaje się nawet na spódnice w rozmiarach plus. Jan Niezbędny też się doskonale sprawdzi.

- Na papierze do pieczenia jakiejkolwiek marki nie porysujemy ani pisakiem, ani długopisem. Nadają się jedynie ołówki, normalne i miękkie, twarde trochę gorzej. Ja używam też czasem kredek, jeśli na przykład kopiuję dwa różne rozmiary tego samego modelu, żeby mi się potem nie mieszały (i tylko tych tradycyjnych - te 'niełamiące się' nie zostawiają tak wyraźnego śladu i mogą pokaleczyć wykrój).

- Jeśli części wykroju naprawdę trzeba skleić, i jak mówiłam, ani taśma, ani dobry klej do papieru go nie biorą, można go podkleić cienką bibułą, pod warunkiem, że potraktujemy ją hojnie tymże klejem. Jakoś w dziwny sposób trzyma się o wiele lepiej. Czasem stosuję 'technikę mieszaną: większa część wykroju jest z papieru do pieczenia, a doklejone części z bibuły.

- Kopiowanie spodni zazwyczaj wymaga użycia dwóch kawałków wykroju, które potem się łączą w specjalnie zaznaczonym punkcie (zazwyczaj zaznaczone jako części A i B). Jeśli używamy papieru w rolce, możemy od razu skopiować obie części. Trzeba to tylko uwzględnić przed skopiowaniem pierwszej i zostawić miejsce na papierze. Odrysowujemy punkt styczny tak jakbyśmy to robili normalnie, i przykładamy wzdłuż linii styku do drugiej części wykroju. Dzięki punktowi stycznemu możemy to zrobić bardzo dokładnie.

piątek, 24 października 2014

Anomalie pogodowe

W tym roku październik okazał się niezwykle ciepły, nawet jak na tę część świata. Normalnie na północy Hiszpanii w październiku zaczynają się jesienne chłody. W tym roku też już zdążyłam się przeziębić i przechorować jeden weekend w domu. A tu tymczasem temperatura poszybowała w górę dobijając do 30 stopni. Co jak co, ale taka temperatura pod koniec października to nawet tutaj anomalie.

A ja tymczasem tydzień temu definitywnie zniosłam letnie ciuchy popakowane w kartony do piwnicy... Dlatego sięgnęłam po niedokończoną bluzkę z krótkim rękawkiem, o której wcześniej myślałam: pewnie poczekam z jej założeniem do wiosny i szybko ją skończyłam, żeby skorzystać z niej jeszcze tej jesieni.


Pomysł przyszedł mi na widok samej tkaniny, jeszcze na letnich wyprzedażach. Materiał, satynowa bawełna w marynarskim stylu, kosztował mnie tradycyjnie poniżej 1 euro (mówiłam Wam jak to się wybuliłam ponad 8 euro na tkaniny tej jesieni? Nabyłam za nie: ponad 2m jeansu, około metr tej tkaniny, dwa spore kawałki dzianiny w pastelowych kolorach, jakiś szary len 'na później', a i jeszcze jakaś podszewka się zmieściła w tej cenie). Niestety tkanina oryginalnie miała być w pionowe pasy i elastyczna w poprzek, więc bluzka w paski w poprzek wyszła elastyczna wzdłuż.


Bluzeczka z założenia miała być trochę w stylu retro - pokombinowałam i połączyłam dwa różne wykroje: baza to bluzeczka w stylu Brigitte Bardot z Burdy 06/2011, której dorobiłam rękawki z sukienki retro z książki Sewing Vintage Modern wydawnictwa Burda, o której pisałam kiedyś TUTAJ. Oba wykroje dały się połączyć znakomicie, a ostatecznie wyszło coś takiego:


W stylu tych bluzeczek vintage:



Długo się nie nacieszę bluzeczką, ale trzeba łapać okazję za nogi!

poniedziałek, 20 października 2014

Bluza z kapturem - kolejne wyzwanie szyciowe

Nareszcie uszyłam coś naprawdę męskiego (bo niepublikowanych 2 par spodenek chłopięcych dla bardzo małych chłopców nie liczę): męska bluza w kolorze granatowym, taki standardzik. Problem w tym, że mój mężczyzna taką miał, ale gdzieś zwyczajnie wsiąkła. A że to była jego ulubiona, i po sklepach darmo szukać (próbowaliśmy, ale chyba już niemodne), więc zdecydowałam się mu podobną uszyć.


Wykrój pochodzi z Burdy 10/2005, model 135. W numerze znajduje się jeszcze kilka modeli dla panów. Oryginalna bluza jest dwustronna i posiada zapięcie z przodu na zamek. Można ją zobaczyć TUTAJ, wraz z... czapeczką do kompletu. Bardzo fajny pomysł, bo tak naprawdę to 2 bluzy w 1, może kiedyś spróbuję. Tym razem jednak uszyłam prostą jednowarstwową bluzę. Zmodyfikowałam wykrój w taki sposób, abym mogła przód skroić z jednego kawałka materiału. Jednocześnie porównywałam szerokość bluzy z innymi ciuchami, aby nie przekombinować, bo w ten sposób trochę tę bluzę zwęziłam.
Bluza ma obowiązkowo kaptur i kieszeń na przodzie, no 100% klasyk ;)



Materiał kupiłam w polskim sklepie internetowym Dresówka.pl. Kierowałam się głównie ceną, bo na bluzę potrzebowałam go dość sporo. Dzianina okazała się całkiem dobrej jakości, jeszcze dobrałam do niej ściągacz w tym samym kolorze. Po wstępnym praniu nic się nie zmechaciła, co dobrze jej wróży na przyszłość.


Jeśli coś mogę powiedzieć o wykroju, to tyle że wyszedł strasznie długi, jak na bardzo wysoką osobę (190 cm albo wyższą) i bluzę musiałam sporo skrócić po pierwszej przymiarce. Ale to i tak lepiej, niż gdybym musiała ją wydłużać...


I tym samym zgłaszam tę bluzę do akcji wspólnego szycia Poznań Szyje - 5. Wyzwanie Szyciowe!

http://szyjemywpoznaniu.blogspot.com/2014/10/v-wyzwanie-szyciowe.html

Jeśli ktoś ma ochotę uszyć coś z dzianiny i wciąż się zastanawia jak zacząć, polecam dzianinę dresową - jest na tyle gruba, że zniesie wszelkie eksperymenty z naciągiem nici, wybaczy różne niedociągnięcia i brak wprawy. Wiem co mówię ;)

sobota, 18 października 2014

Uszka do spódnicy - Mała rzecz a cieszy

Spódnic w szafie mam bardzo dużo i naprawdę często je noszę. Większość wisi na wieszakach. Nawet kupiłam taki piętrowy wieszak na 4 spódnice, ale niestety mogę na nim wieszać tylko spódnice i nic więcej. No i niezbyt jest wygodny - musi wisieć z brzegu, bo to straszny klamot. Dlatego w mojej pracowni bardzo sobie cenię wąziutkie satynowe tasiemki. Większość spódnic, zarówno kupionych jak i szytych już je ma wszyte w postaci uszek. Dziś wprawiłam je do różowej spódnicy z TEGO posta.


Jak to zrobić? Bardzo prosto. Można je włożyć w szew w trakcie szycia, albo jak ja - po fakcie. Ten drugi sposób jest też dobry na gotowe, kupne spódnice.

Potrzebujemy 2 wąskie wstążeczki, nie szersze niż 5 mm (moje mają 4 mm), długości, powiedzmy około 18 cm.


Wstążki należy złożyć, ale nie równo. Jeden koniec powinien wystawać na długość ok. 1 cm. O tak:


Wystającą końcówkę składamy, przykrywając krótszy koniec. Otrzymujemy coś takiego:


Teraz należy końcówkę zabezpieczyć, żeby nie 'uciekła', tę samą nitką, którą później użyjemy do przyszycia uszka do spódnicy.


Uszko przykładamy do wewnętrznej części spódnicy, odszycia lub u podstawy paska, w zależności od modelu. Ja robię to na szwie bocznym, chyba, ze spódnica ma zamek z boku - wtedy nieco przesuwam do tyłu. Bardzo ważne jest by uszko było skierowane do dołu. Dzięki temu nie będzie wyłaziło podczas noszenia spódnicy.



Przyszywamy drobnym ściegiem ręcznym - tutaj szyję 'na okrętkę', bo dzięki temu schowany w środku koniec tasiemki się nie wysmykuje.


A tak prezentują się gotowe uszka przy różowej spódnicy na wieszaku:


Taka mała rzecz, a jak ułatwia życie :)

Tasiemki czasem kupuję w pasmanterii, ale często można je znaleźć przy dekolcie w kupnych podkoszulkach. Nie wiem jak Wam, ale mnie one bardzo przeszkadzają (a raczej nie wieszam T-shirtów na wieszakach) i natychmiast po kupieniu je ucinam. Zazwyczaj są wystarczająco długie aby nadać się na uszka do spódnicy :)