Szyję i szyję i uszyć nie mogę. W między czasie zatem zamieszczam małą notkę o tym co znajduje się w samym sercu kultury hiszpańskiej.
Przed napisaniem tego posta zapytałam mojego brodatego jak sądzi, jakie trzy rzeczy wybrałam jako te, które definiują hiszpańską kulturę. Odgadł prawie bezbłędnie na jednym oddechu. Co prawda zamiast barów wymienił picie, ale po chwili przyznał, że raczej z Polakami nie ma co konkurować, i że to nie alkohol, a miejsce, w którym się go spożywa jest dla Hiszpanów ważniejsze.
Wybrałam trzy tematy, które są wspólne zarówno dla mieszkańców Andaluzji, Galicji, Madrytu czy Barcelony (myślę, że tematem numer 4 byłyby regionalne różnice i to, jak ich mieszkańcy lubią je podkreślać).
Co kraj to obyczaj...
Fútbol, fútbol, fútbol!
To było chyba do przewidzenia, co? Hiszpański dziennik
Marca, w całości poświęcony wydarzeniom sportowym, i w 70% piłce nożnej, to najczęściej czytana gazeta w kraju (oprócz tego są jeszcze
trzy inne dzienniki w podobnym guście). Nie wydaje się to jednak tak zaskakujące, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że każdy region autonomiczny czy prowincja ma swoje ulubione dzienniki, co zmniejsza sprzedaż tych ogólnokrajowych. Niemniej jednak, jest to fakt znaczący.
Mój mężczyzna nie jest jakimś wielkim fanem, ale często ogląda mecze z kolegami. Dlaczego? Nazywa to
Acto social - coś, o czym trzeba wiedzieć, i w czym trzeba uczestniczyć. Często ogląda tylko pół, albo i jeszcze mniejszy fragment, bo jak mówi - liczy się
presencia, czyli obecność.
Miłość do piłki nożnej najbardziej widać kiedy odbywa się mecz lokalnej drużyny, albo
Madrid-Barcelona. Pustoszeją ulice, ludzie skupiają się w domach albo po
barach (które obowiązkowo mają ogroooomne ekrany LCD) i tylko raz po raz
słychać okrzyki radości, bądź zawodu. Kiedy przechodzi człowiek koło
takiego 'cichego baru' i nagle zrywa się owacja, bo ktoś strzelił gola
(względnie spektakularnie go obronił), można zawału dostać. Po meczu,
obowiązkowo fajerwerki, każdy w swoim zakresie. W Barcelonie bardzo
łatwo można odgadnąć wynik meczu, licząc ilość pozytywnych owacji
(lub zawiedzionych grupowych wyć). Zazwyczaj potem kogoś pytałam i
potwierdzał moje przypuszczenia co do rezultatu. W Ourense nie jest tak łatwo, bo nigdy nie wiadomo, czy sąsiedzi są fanami jednej czy drugiej drużyny. Ale hałas
robią taki sam. I fajerwerki odpalają tak samo.
O innych
sportach nieczęsto się mówi w ogóle. Chyba, że ktoś sam należy do
drużyny np. koszykówki, mimo, że Hiszpanie mają inne sportowe gwiazdy: Fernando Alonso z
Formuły 1, czy Rafael Nadal - tenisista.
Bar
Restauracja Cię zawiedzie (patrz uwaga o godzinach otwarcia), sklep
jakiegokolwiek rodzaju również, nawet supermarket potrafi zaskoczyć zamkniętymi drzwiami w środku dnia. Bar nigdy Cię nie zawiedzie, od 7 rano do 3 nad ranem. Zawsze będzie miał dla Ciebie małe piwo, małą kawę lub kanapkę z szynką (
jamón).
Bary znajdziemy praktycznie w każdym mniej lub bardziej rozwiniętym kraju. Jednak Hiszpania to jedyny kraj, gdzie BAR zamienił się w instytucję wagi prawie równej własnemu mieszkaniu. Pytałam osoby, które mieszkały w innych południowych krajach, czy sytuacja wygląda tam podobnie. Jak możecie sobie wyobrazić, nie.
Tylko w Hiszpanii ludzie idą samotnie do baru, tylko po to, żeby wypić kawę i przeczytać gazetę. Bar jest drugim domem, w którym ludzie przesiadują godzinami sącząc jedno małe (małe = 0,2 l) piwo przez dwie godziny, spotykają znajomych (bo przecież zaprosić do domu to jakoś tak dziwnie), pracują, przychodzą pogadać z barmanem, który jeśli nie jest jeszcze ich bliskim znajomym i powiernikiem, to na pewno się nim stanie. Dzięki barom nie istnieje zjawisko wystawania pod sklepem z piwem - piwo można kulturalnie sączyć cały dzień w towarzystwie. Pijaczków nie wyeliminujemy, ale można ich ukulturalnić (i jeszcze na tym zarobić).
Ale to nie alkohol się najlepiej sprzedaje: większość zysków przynosi sprzedaż kawy (cena ok. 1 euro dla klienta, a dla baru - poniżej 20 centów). Skalę zjawiska ilustruje pewna inicjatywa, 'cafés pendientes', celem pomocy osobom, które na taką kawę już nie stać z powodu kryzysu (to wyznacznik biedy). Klient płacąc za swoją może zostawić kilka euro na kawę dla kolejnych klientów, którzy dopiero się zjawią, a których nawet nie zna. Walka z biedą
a lo español.
Oprócz tego, każdy obywatel po pewnym czasie znajduje swoje miejsce, i jest jakby 'z tego baru'. Na przykład, jeśli chcielibyśmy pogadać z kimś, do kogo nie mamy ani telefonu, ani nie znamy adresu, nie ma facebooka ani niczego w tym stylu, wystarczy obczaić do którego baru chodzi. Barman na pewno nam zdradzi kiedy można go tam spotkać. Ja też mam już swój bar: w Ourense - La Habitación de Niña Caracol - czyli 'pokój pani ślimakowej'.
Ludzie zawsze chodzą do tych samych barów i bar to pierwszy lokal, który spotkamy w nowo wybudowanej dzielnicy. Kiedyś moim uczniom tłumaczyłam na lekcji angielskiego czym różni się village od town: village jest dużo mniejsza, praktycznie kilka domów, może mały kościół, sklep i tyle. Moja definicja została natychmiast skorygowana: żaden kościół ani sklep, ale na pewno 3 bary. To prawda! Nawet wsie z populacją nie przekraczającą 50 osób (są i mniejsze, poniżej 10 osób) mają swój bar, gdzie odbywa się praktycznie całe życie towarzyskie.
La comida
Od lat przeprowadzam takie oto ciche badania: kiedy w programie nauczania pojawia się temat jedzenia, pytam na początek:
Do we live to eat or eat to live? Myślę, że w Polsce mało kto się zawaha nad odpowiedzią, i stwierdzi, że jemy po to by żyć. W Hiszpanii niektórzy mają wątpliwości, ale zdecydowana większość uważa, że życie jest po to, by jeść. Nie mówię tu o żadnych otyłych czy leniwych couch potatoes: tak uważają również dziewczyny o figurze modelki, lekarz medycyny z wieloletnim stażem itd.
W Hiszpanii gotuje się trzydaniowy posiłek 2 razy dziennie: na obiad (około drugiej) i na kolację (między dziewiątą a północą). Na początku bardzo dziwiły mnie restauracje zamknięte w godzinach, kiedy ja byłam głodna (18-19). Myślałam, że po prostu splajtowały. Potem odkryłam, że otwierają dopiero o w pół do dziewiątej wieczorem.
O jedzeniu Hiszpanie mogą opowiadać i opowiadać. Jeśli zdarzy się Wam zaprosić kogoś tej narodowości na ugotowany przez Was posiłek, nie zdziwcie się, że zamiast steku pochwał usłyszycie o innych wyśmienitych daniach z podobnych składników lub o podobnym smaku, które jedli. To normalne. Oni po prostu lubią ten temat. I trzeba to odczytać tak, że porównują to danie z innymi na wysokim poziomie - taki komplement nie wprost.
Osobiście uwielbiam hiszpańską kuchnię, pełną świeżych warzyw i owoców morza. Prawdą jest też, że każdy region ma swoje dania, ale są i takie uniwersalne, jak np. tortilla, (nie mylić z kukurydzianymi plackami rodem z Meksyku), croquetas albo flan. Do tego musi koniecznie lampka wina. Nieważne, że po obiedzie należy wrócić do pracy...
 |
Mariscada - uczta z owoców morza |