niedziela, 12 lipca 2015

Fiesta de Indiano

Hiszpanie uwielbiają się przebierać. Stąd popularność zabaw karnawałowych, które przeradzają się w zbiorowe uliczne imprezy. W ten weekend wybraliśmy się na inną, dość nową lokalną imprezę (ach te fiestas... latem nie ma wiochy, gdzie nie odbyła by się fiesta del pueblo, czyli lokalny festyn z koncertami i czym chata bogata): Fiesta de Indiano w Ribadeo. Chodzi w niej głównie o to, żeby się przebrać 'jak za dawnych lat'. Są koncerty z muzyką z lat dwudziestych i wcześniejszą, wystawy a nawet była sztuka teatralna. Żeby zrozumieć na czym polega fenomen, trzeba sięgnąć trochę do historii.

Indianos na tle typowego domu z epoki. Gdyby nie te wszędobylskie krzesełka Coca-coli to byłaby naprawdę podróż w czasie...

Na początku ubiegłego wieku wielu mieszkańców Hiszpanii  (podobnie jak później w latach 80-tych i również obecnie) znajdowało się na emigracji zarobkowej. Wielu dorobiło się w Ameryce Łacińskiej, głównie na Kubie, czy to przy produkcji cygar, czy na plantacjach bawełny czy czego innego, po czym wracali 'na bogato' do ojczyzny. Pradziadek mojego mężczyzny to prawdziwy dorobkiewicz-Indiano, a jego dziadek urodził się w Hawanie. Na północy Hiszpanii bardzo duża część populacji ma podobną historię. To ich właśnie nazywają 'Indianos'. Większość budowała potem ogromne domy, takie trochę jak torty z kremem i koniecznie palmą przed domem (bo tu akurat palmy naturalnie nie rosną).

Dla tych co zainwestowali na Kubie, a nie na przykład w Argentynie, na początku lat sześćdziesiątych, kiedy nastał tam porządek komunistyczny niestety dobre czasy się skończyły.  Ci co mieli majątki zostali wywłaszczeni. Hiszpania utraciła wyspę, a Indianos potracili dorobek całego życia. Pozostały im malownicze domki z palmą na pocieszenie. (Pradziadek-indiano został się bez palmy, bo nie zasadził, za to koło jego domu do dziś rośnie stuletnie drzewko pomarańczowe).


Jeden z najsłynniejszych budynków w stylu Indiano - dom na rynku w Ribadeo. Zdjęcie sprzed kilku lat bo obecnie budynek jest w remoncie.

Mieszkańcy północno-zachodniej Hiszpanii bardzo lubią wspominać te czasy, ale te lepsze, kiedy jeszcze gotówka płynęła z Ameryki Łacińskiej, bezpośrednio po powrocie, czyli lata 1900 - 1920.  Dlatego na imprezie obowiązywał bardzo określony dress code. Zobaczcie sami:




Przebrały się nawet niektóre sklepy:

To normalny sklep z odzieżą męską...

...a to pasmanteria.

A to nasze stroje (kapelusz obowiązkowy):


Sobie uszyłam długą spódnicę z białego batystu, ozdobioną białą koronką i w pasie przewiązaną wstążką, koniecznie w kolorze tej na kapeluszu (co lepiej widać na poprzednim zdjęciu). Uszyłam również luźne lniane spodnie jako uzupełnienie męskiego stroju. Wyszły jak zwykle trochę luźne i trzeba było kombinować. A kapelusz to autentyczna panama - w domu jego dziadków jest mnóstwo kapeluszy z tamtej epoki, niestety głównie męskich.

A do zapięcia w spodniach użyłam guzika z kokosu z mojej ogromnej kolekcji :)

Mam nadzieję, że udało mi się Wam przekazać trochę tego 'indiańskiego' klimatu.
______________________________________________
Wykrój: Spodnie: Burda 02/2002 model 140, Spódnica: Burda05/2012 model 111 ozdobiony koronkami
Rozmiar: 36 spódnica, spodnie to kombinowany rozmiar, między Burdowym 50 i 52
Materiał: bawełniany batyst na spódnicę, beżowy len na spodnie
Nici: poliestrowe białe i beżowe
Dodatki: spodnie: gumka, zamek i guzik z kokosu; spódnica: gumka i koronki
Zdjęcia: Paco, ja, a także pani przypadkowy przechodzień ;)

sobota, 4 lipca 2015

Rozdaję tkaniny, czyli czas na letnie Candy!!

Dawno nic nie rozdawałam, czas się podzielić! Tym razem będą to tkaniny, których mi już trochę za dużo w szafie. Żółty jest niesamowicie modny w tym sezonie, szczególnie w tonie kanarkowym. Ale jakoś nie umiem tej tkaniny spożytkować. Niebieskich tkanin mam zwyczajnie za wiele. Kiedyś miałam fazę na beżowe, które kumulowałam w szafie bez przyszłości, teraz ich miejsce w hierarchii zajęły odcienie błękitu.



Mam da Was:

  • 2 m bawełnianej tkaniny, w kolorze kanarkowym
  • kawałek podszewki w pasującym kolorze (ok. 1m)
  • 2 m jasnoniebieskiej popeliny (bawełna z poliestrem), typowo bluzko-koszulowa tkanina
  • 20 guziczków w kolorze jasnoniebieskim (3 są mniejsze) - Może szmizjerka?
  • małą klamerkę do paska w kolorze dobranym do żółtej tkaniny

Klamerka i guziczki są a lat pięćdziesiątych lub początku sześćdziesiątych, pochodzą z mojej kolekcji vintage. Podobną klamerkę wystawiłam TUTAJ na sprzedaż. Ale jeśli się Wam poszczęści, to klamerkę dostaniecie tutaj wraz z pasującą tkaniną na sukienkę, spódnicę, żakiecik letni, cokolwiek się Wam zamarzy :)


Zabawa trwa do 17 lipca.

Jeszcze pokrótce zasady:
1. Aby wziąć udział trzeba zamieścić komentarz pod tym postem, żebym wiedziała kto się bawi. Jeśli nie macie profilu na bloggerze, to proszę podać imię i nazwisko.

2. W mojej zabawie może brać udział każdy, kto posiada bloga i zamieści na nim baner (na dole strony) wraz z linkiem, oraz osoby, które podzielą się postem na facebooku na swoim murze. Proszę pamiętać o komentarzu pod postem, bo tak będzie mi łatwiej śledzić kto się bawi.

3. Jak zwykle wysyłam do wszystkich krajów europejskich i nieeuropejskich, więc wszyscy mogą wziąć udział.

4. Mimo, że w Polsce jest zakaz organizowania losowań (o czy dowiedziałam się niedawno) u mnie będzie losowanie. Mieszkam w Hiszpanii, więc obowiązuje prawo tutejsze.

5. Zabawa trwa do 17 lipca, do północy. Losowanie odbędzie się następnego dnia rano. Nie martwcie się: godzina w Hiszpanii jest taka sama jak w Polsce, więc nie będzie problemów.. 

6. Wynik będzie ogłoszony w dniu losowania (18 lipca). Zwycięzca będzie poproszony o kontakt mailowy. Wysyłka jak zwykle listem poleconym.


Kto jest chętny?

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Pół-przejrzysta

Kiedy zobaczyłam tu i tam spódnice z fałdami lub kontrafałdami z paskiem przejrzystego materiału, nie mogłam się powstrzymać i nie uszyć sobie podobnej. Zwłaszcza, kiedy w sklepie w moje ręce wpadł kawałek organzy z naturalnego jedwabiu, ot resztka, która idealnie pasowała kolorystycznie (złamana biel) do kupionego wcześniej materiału.


Myślałam trochę nad modelem, ale w końcu postawiłam na kontrafałdy. Żeby nie sknocić, oparłam się na modelu Burdy z marca tego roku, nr 102. Zrezygnowałam z kieszeni, bo jakoś mi to było za dużo: kontrafałdy plus naszywane kieszenie, w dodatku z kokardką! Nie kopiowałam wcale wykroju, bo co będę proste linie kopiować, tylko pomierzyłam ile cm wypada na każdą przestrzeń dla rozmiaru 36 i narysowałam je bezpośrednio na przygotowanej tkaninie.

Trochę mi się wydawała ciasna i zmodyfikowałam nieco kontrafałdy aby zyskać kilka cm na obwodzie, czego później pożałowałam, bo spódnica zamiast w talii leży na biodrach, ale w sumie może to i lepiej?




Spódnica uszyła się zaraz po sukience w kratkę, ale niestety w dniu swojej premiery przeszła chrzest bojowy, niestety dosłownie. Została oblana piwem przez swoją właścicielkę, w dodatku piwem nie swoim, tylko jakimś co stało na stole w barze. Wielkiej plamy nie było, tylko takie lekkie zażółcenie, ale natychmiast się pomarszczyła. Całe szczęście nie było to czerwone wino, bo musiałabym pewnie natychmiast wracać do domu, a oblewaliśmy nieformalnie niezbyt formalny ślub znajomych.

Piwo na całe szczęście łatwo schodzi w praniu. Ale przy okazji podzielę się z Wami sposobem na wywabianie plam z czerwonego wina. Kilka lat temu w supermarkecie kobieta przede mną kupowała 3 butelki wina. Kasjerka chwyciła za dwie, a trzecia pojechała na taśmie w kierunku kasy, zatańczyła na tej taśmie i roztrzaskała się w drobny mak tuż przede mną. Natychmiast odskoczyłam, ale i tak mi się dostało, a miałam na sobie akurat białe spodnie (i białe tekstylne buty). W domu próbowałam wszystkiego co miałam pod ręką, może nie dotarłam do chloru tylko, a plamy nic. Ciemniały tylko. Wtedy ktoś poradził mi, żebym namoczyła spodnie w białym winie. Sama się zdziwiłam jak szybko i bez śladu plamy zniknęły.
Oczywiście nie było to jakieś drogie wino. W Hiszpanii popularnie sprzedaje się wino w kartoniku (takim jak soki), litr z niecałe 1 euro, zarówno białe jak i czerwone. Do picia to się kiepsko nadaje, ale do wywabiania plam - w sam raz!

Spódnicę jak widać zabrałam też na plażę, a tam czekały takie niespodzianki :D

Uwielbiam muszelki!!! Im bardziej kolorowe tym lepiej! Te czarne ślimaczki u góry to Minchas, które są lokalnym przysmakiem (próbowałam), Te okrągłe w środki to Erizos de Mar, czyli skorupki jeżowców - to już produkt delikatesowy. Ta różowa u góry to jakiś typ ostrygi, ta na dole - Zamburiña (mała pychotka). No i czarne z lewej - omułki (mejillones), które zdecydowanie wolę na talerzu niż na plaży :)

_____________________________________
Wykrój: Burda 03/2015 - 102 bez kieszeni
Rozmiar: 36, nieco poluźniony
Materiał: tkanina bawełniana w kolorze złamanej bieli, organza jedwabna w tym samym kolorze
Nici: bawełniane w kolorze złamanej bieli
Dodatki: zamek kryty, flizelina
Zdjęcia: Paco

czwartek, 18 czerwca 2015

Różowe róże

Taka oto koszulowa bluzka wskoczyła mi do kolejki. O spódnicy jeszcze będzie jak pojawią się fotki :)




Model pochodzi z Burdy z 2007 roku, numer lutowy, TUTAJ możecie zobaczyć oryginał.

Oprócz czerwonego wykończenia kołnierzyka, który zaokrągliłam, jak również rękawków, nie zmieniłam zupełnie nic. Uważam, że krój jest bardzo udany, taki nieco swobodniejszy, ale zarazem dosyć dopasowany do sylwetki. W projekcie wykorzystałam moje guziczki Vintage - różowe z masy perłowej :) Jeszcze jest ich trochę TUTAJ.


Takie bufki polecam wszystkim, którzy są początkujący we wszywaniu rękawów - nie trzeba się martwić, że wyjdą marszczenia, bo są one wielce pożądane :) Sama wybrałam kiedyś ten model aby nauczyć się wszywać rękawy. To była moja pierwsza bluzka koszulowa, pierwszy kołnierzyk i pierwsze rękawy. I pierwsze dziurki na guziki. Teraz służy mi do mierzenia moich postępów w szyciu. Sami zobaczcie różnice:


Poprzednią bluzę dodatkowo uszyłam w rozmiarze 38, bo byłam przekonana, że to właśnie mój rozmiar - wg. tabelki z Burdy. Całe szczęście wcześniej rozcięłam części wykroju aż do ramion (a to ze względu na materiał, aby lepiej się zmieściły, gdyż był bardzo wąski) i dzięki temu łatwiej było dopasować potem bluzkę do figury. Kołnierzyk wszyłam jakoś nie tak i jedna strona zawsze się podnosi, sprawiając wrażenie, że jest mniejsza. Eh... Ale kiedy ją uszyłam parę lat temu byłam z siebie niesamowicie dumna :)



Jeszcze mała informacja dla tych, którzy lubią buszować po blogach używając tagów/etykietek. Zrobiło mi się ich trochę za dużo i wywaliłam je na dół. Osobiście bardzo lubię tagi, bo od razu widać co kto szyje i łatwo można znaleźć poszukiwane informacje.
_____________________________________
Wykrój: Burda 02/2007 #109
Rozmiar: 36
Materiał: Bawełniany batyst w kwiatki
Nici: Coats
Dodatki: gumki w rękawach, tasiemka zygzak, guziki z masy perłowej, flizelina.
Zdjęcia: Paco - mój dyżurny fotograf :)

piątek, 5 czerwca 2015

Nieco inna bielizna

Pozazdrościłam, i Ewie, która zachęcała TUTAJ do własnoręcznego szycia koronkowej bielizny, i pewnemu sklepowi online, który podobne staniczki sprzedaje. I pewnie bym się na jeden skusiła, gdyby nie to, że w moje ręce wpadł kawałek delikatnej tiulowej siateczki, takiej bardzo, bardzo rozciągliwej, a jednocześnie niezwykle delikatnej i przyjemnej w dotyku. Postanowiłam spróbować swoich sił. Uszyłam od razu cały komplet, jako że majtki u mnie już taśmowo się szyją.



Wykrój stanika odrysowałam od góry bikini - myślałam, że będą to trójkąty, a okazało się, że miały kształt raczej 'kropelki'. Ten nadmiar zmarszczyłam i przyszyłam w prostej linii do gumki, dzięki czemu miseczka zyskała przestrzenną formę. Zapięcie to rozmontowany 'przedłużacz' do stanika. Gumki dostałam w lokalnej pasmanterii, na ramiączka użyłam takiej, co się składa. Pierwszy raz szyłam takie cudo ale na pewno nie ostatni. Szkoda, że w pasmanterii mają tylko białe i czarne...


Takie gumki szyje się na prawej stronie: najpierw przyszywamy połówkę rozłożonej gumki  zygzakiem, a potem składamy i znów po prawej stronie stębnujemy prostym elastycznym ściegiem. Ja użyłam do tego stopki do szycia przy krawędzi, dzięki czemu wyszło równo.


Dół kompletu powstał ze sprawdzonego już wykroju, którym się z Wami dzieliłam TUTAJ. Obszyłam całość tą samą składaną gumeczką i zdała egzamin doskonale.


Muszę przyznać, że jestem z kompletu bardzo zadowolona. Powstał błyskawicznie i okazał się bardzo wygodny w noszeniu.


_____________________________________
Wykrój: Własny, kombinowany
Rozmiar: Góra - ciężko powiedzieć, coś koło 75C; dół 36/38
Materiał: Elastyczna siateczka tiulowa z TEGO SKLEPU; Kawałek bawełnnianej dzianiny

Nici: poliestrowe czarne
Dodatki: gumki: do stanika i składana, zapięcie do stanika

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Drobiazgi w maju

W maju wzięłam się ostro za szycie: postanowiłam, że będę szyła kilka rzeczy na raz, co by może któryś udało się skończyć. W moim wypadku to działa dość motywująco, bo zawsze jest COŚ do szycia, mimo braków w materiałach, niciach itp.


Poszewka na poduszkę do salonu

Muszę pamiętać, że następnym razem jak mi się uwidzi wypustka od razu porzucić ten pomysł ZANIM stracę cierpliwość i cały dzień. Nie ma to jak spędzić wspaniałe popołudnie na przemian szyjąc i prując jedną poszewkę! Nie to, że jakoś nie lubię wypustek, ale moja maszyna niestety niezbyt się z nimi umie obchodzić. Problem w tym, że szyje tylko z jednej strony, od wewnętrznej, więc 1. muszę upchać szytą rzecz pod ramię maszyny, a 2, jeśli chcę coś przytrzymać, śruba od stopki uderza mi w palce. jeszcze z cienką wypustka to jakoś idzie, ale musiałam oczywiście wymyślić sobie grubą wypustkę... Jeszcze jest 3.: maszyna lubi gubić ścieg kiedy szyję stopką do zamków. Taki urok.


Oto co powstało w efekcie tej batalii. Materiał - uwolniony (resztka z szycia toreb), wypustkę stworzyłam sama. A, jeszcze w między czasie musiałam się uporać z plamą z krwi powstałą po dziabnięciu szpilką w palec. Ale to był pikuś w porównaniu z opanowaniem zbuntowanej maszyny do szycia...


Kokardka

Uszyłam ją z resztek po sukience z poprzedniego posta. Jest ich dosyć poro, pewnie jeszcze do czegoś je wykorzystam, bo strasznie mi się ten materiał podoba. Kokardka jest zamocowana na klipsie, więc można ją przyczepić zarówno do ubrania jak i do włosów.



I jeszcze na koniec parę 'warzywek', które uszyłam dla dzieci ze szkoły językowej gdzie uczę.



Był jeszcze wełniany pomidor, ale nie załapał się do zdjęcia. Wykroje w większości własne, gruszkę znalazłam TUTAJ.

piątek, 29 maja 2015

W kratkę

Ten model za mną chodził od dawna, praktycznie od kiedy posiadam książkę z wykrojami Burda Sewing Vintage Modern (o której pisałam TUTAJ). Najpierw chciałam taką w kropki, ale takie wielkie. Kupiłam nawet stosowną tkaninę w Internecie, ale dostałam nie tą co zamówiłam. Udało mi się dogadać ze sprzedawcą, żeby wysłał mi tkaninę, którą chciałam ale jako, że nie było mnie w domu kiedy przyszedł kurier z nową przesyłką, zostałam się z dwiema: jedną czarno-białą, a drugą biało-czarną. Od przybytku głowa nie boli, ale ciężko się zdecydować. I tak nie uszyłam sukienki wcale. Dopiero pod natchnieniem fotek na pinterescie nabrałam nowych chęci, tym razem na krateczkę.


Bardo spodobał mi się pomysł uszycia góry ze skosu, a dołu z prostej kratki. Materiał to cienka, przewiewna bawełna. A tak model wyglądał oryginalnie:

Tego modelu nie ma na stronie Burdy, więc zamieszczam rysunek

Wykrój bardzo fajny i łatwy - takie rękawki są bardzo wdzięczne, a ile oszczędzają pracy! Zmodyfikowałam jednak dekolt, bo jakoś nie czuję się dobrze w kwadratowym. A pod spód założyłam halkę typu petticoat :)





Zapomniałam dodać że właśnie mi strzeliła setka! To dokładnie setny opublikowany post :)
 ________________________________________________
Wykrój: Burda Sewing Vintage Modern - Elisabeth Gathered-Waist Dress
Rozmiar: 36
Materiał: cienka bawełna w kratkę, biała bawełna na odszycia (dzięki temu nie przebija)
Nici: poliestrowe białe, czarne i szare (tylko na obszycie dolnego brzegu)
Dodatki: zamek kryty czarny, flizelina. Pasek nie jest częścią sukienki, ale jakoś mi się tak spasował :)

Petticoat - również z wykroju Burdy, ale o tym może innym razem...

niedziela, 24 maja 2015

T-shirtów nigdy dość

Do niedawna dzianinowe podkoszulki były jednym z niewielu ciuchów jakie regularnie kupowałam w sklepach. Ale teraz opanowałam już sztukę ich szycia i sama uzupełniam zasoby.


Tym razem T-shirt uszyłam na podstawie wykroju z Burdy. Dotychczas nie byłam w 100% zadowolona z ich wykrojów, bo mimo szycia o rozmiar mniejszych ciuszków, wychodziły dużo za luźne. A przecież dzianina powinna ładnie przylegać do ciała. Jednak kiedy przyjrzałam się temu wykrojowi (który oryginalnie jest sukienką, w dodatku spodnią), zauważyłam, że jest znacznie węższy niż te, z których dotychczas szyłam. Oczywiście porównałam z wykrojem odrysowanym od innej koszulki (tego z którego powstał różowy T-shirt, o TEN), więc miałam pewność, że nie będzie za duży. Zmieniłam jedynie dekolt na szerszy i płytszy, bo w takich najlepiej się czuję. Rysowałam na oko.



Użyłam nieco grubszej wiskozowej dzianiny, kupionej z resztek. Oblamowałam dekolt i rękawy taśmą wykonaną z dzianiny wiskozowej (do niedawna mogłam ją kupić na metry w mojej pasmanterii, ale ostatnio coś jej nie mają, więc tym razem zrobiłam swoją).

Największe przeboje miałam jednak z podwójną igłą. Kiedy zorientowałam się, że nie mam już ani jednej, bo wszystkie musiałam była połamać, jak zwykle udałam się do najbardziej odpowiedniego przybytku w mieście, sklepu z maszynami itp, gdzie mają ich szeroki wybór. Ale sklep z niewiadomych przyczyn zamknięty. Pewnie właściciele zrobili sobie długi weekend. No nic, zaczęłam pytać po pasmanteriach, ale niestety wszędzie mieli tylko zwykłe igły. Dopiero w sklepie z tkaninami znalazłam to czego szukałam. Niestety moje igły przez pomyłkę zabrała poprzednia klientka! Najgorzej, że w swojej chciwości nie wzięłam jednej ale wszystkie dostępne (no dobra, AŻ cztery), tak więc sklep nie miał mi więcej do zaoferowania. Zostawiłam w sklepie swój numer telefonu, w razie gdyby igły do nich wróciły. Wczoraj około południa dostałam telefon ze sklepu, wobec czego mogłam nareszcie skończyć ten T-shirt.


Jak już pisałam na facebooku, postanowiłam, że w ramach motywacji będę szyła kilka rzeczy na raz. W tym tygodniu było to 5 sztuk, z czego udało mi się skończyć już prawie wszystkie. Prawie. Bo zawsze czegoś mi brakuje, jak nie nici, to zamek z krótki, albo te nieszczęsne igły. I tak odkładam i odkładam na później, a tak to nie będę miała wymówki.

________________________________________________
Wykrój: Burda 2/2014 #123 - sukienka spodnia
Rozmiar: 36
Materiał: dzianina wiskozowa
Nici: bawełniane firmy Coats (korzystam z prezentu od Burdy)
Dodatki: lamówka wykonana z czarnej dzianiny wiskozowej.

niedziela, 17 maja 2015

Bluzeczka na lato - New Look 6808

Połasiłam się na wykrój letniej bluzeczki New Look 6808. Trzeba trochę urozmaicić garderobę 100% by Burda. Powstało coś takiego:


Oryginalne pomysły projektantów były takie:

Najbardziej wpadła mi w oko wersja z kokardką, chociaż ostatecznie z kokardki zrezygnowałam, może jeszcze kiedy do czegoś przyszyję.

Bluzeczkę uszyłam z cienkiej bawełnianej tkaniny w delikatne niebieskie paseczki (uwolnionej), do której doszyłam kołnierz z granatowej tkaniny, wydaje mi się, że też z 100% bawełny, ale pewności nie mam.






Mam parę uwag dotyczących szycia z tego wykroju. Po pierwsze, z założenia, jest to wykrój nie do odrysowania ale do wycięcia - jak w Burda Krok po Kroku. Jednak tchnięta jakimś przeczuciem, że może jeszcze kiedyś mi się to do czego przyda, wykrój skopiowałam, jak to czynię zazwyczaj, na papier do pieczenia. Wybrałam rozmiar 10, który odpowiada europejskiemu 36 (w teorii). No i kilkanaście minut później już sobie gratulowałam pomysłu skopiowania: odrysowany wykrój przyłożyłam do innego, który w miarę dobrze na mnie leży i już wiedziałam, że potrzebuję mniejszy rozmiar niż zakładałam. Dzięki temu, że ciągle miałam oryginał, skopiowałam wykrój raz jeszcze. Dobrze jest mieć kilka takich 'pewniaków' wśród wykrojów, które mogą służyć do porównania przy wybieraniu rozmiaru nowego modelu. Jakby tego było mało, okazało się, że wykrój jest baaardzo długi, prawie jak na tunikę (tylko niezbyt wygodną, bo bardzo wąską), więc skróciłam go jakieś 10 centymetrów.

Dość, że ostatecznie musiałam go jeszcze zwężać (na plecach robił mi się okropny worek), a rękawy, no cóż, marszczenie zakładały na niewielkim fragmencie. Tym razem nie posłuchałam swojej intuicji i pożałowałam, bo wyszły mi trochę jakby uniesione bufki. I muszę przyznać, że rękawy na rysunku są zupełnie inne.


Tak psioczymy na tę Burdę, ale jej wykroje są zdecydowanie bardziej sensowne. Mam też wrażenie, że jest to wykrój dla osoby wyższej, na przykład o 172 cm wzrostu, chociaż nigdzie nie było to wyraźnie napisane. Musiałam trochę podnieść ramiona i zwężać rękawki, ale i tak bluzeczka jest spora. Myślę, że nie powtórzę.

Teraz już wiecie dlaczego szyłam i szyłam i uszyć nie mogłam ;)
________________________________________________
Wykrój: New Look 6808
Rozmiar: UK 8, ale zwężałam
Materiał: cienka bawełna
Nici: poliestrowe
Dodatki: zamek kryty, flizelina; brzegi rękawków obszyłam taśmą ze skosu

niedziela, 10 maja 2015

Czym żyje Hiszpania

Szyję i szyję i uszyć nie mogę. W między czasie zatem zamieszczam małą notkę o tym co znajduje się w samym sercu kultury hiszpańskiej.

Przed napisaniem tego posta zapytałam mojego brodatego jak sądzi, jakie trzy rzeczy wybrałam jako te, które definiują hiszpańską kulturę. Odgadł prawie bezbłędnie na jednym oddechu. Co prawda zamiast barów wymienił picie, ale po chwili przyznał, że raczej z Polakami nie ma co konkurować, i że to nie alkohol, a miejsce, w którym się go spożywa jest dla Hiszpanów ważniejsze.

Wybrałam trzy tematy, które są wspólne zarówno dla mieszkańców Andaluzji, Galicji, Madrytu czy Barcelony (myślę, że tematem numer 4 byłyby regionalne różnice i to, jak ich mieszkańcy lubią je podkreślać).

Co kraj to obyczaj...


Fútbol, fútbol, fútbol!

To było chyba do przewidzenia, co? Hiszpański dziennik Marca, w całości poświęcony wydarzeniom sportowym, i w 70% piłce nożnej, to najczęściej czytana gazeta w kraju (oprócz tego są jeszcze trzy inne dzienniki w podobnym guście). Nie wydaje się to jednak tak zaskakujące, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że każdy region autonomiczny czy prowincja ma swoje ulubione dzienniki, co zmniejsza sprzedaż tych ogólnokrajowych. Niemniej jednak, jest to fakt znaczący.

Mój mężczyzna nie jest jakimś wielkim fanem, ale często ogląda mecze z kolegami. Dlaczego? Nazywa to Acto social - coś, o czym trzeba wiedzieć, i w czym trzeba uczestniczyć. Często ogląda tylko pół, albo i jeszcze mniejszy fragment, bo jak mówi - liczy się presencia, czyli obecność.

Miłość do piłki nożnej najbardziej widać kiedy odbywa się mecz lokalnej drużyny, albo Madrid-Barcelona. Pustoszeją ulice, ludzie skupiają się w domach albo po barach (które obowiązkowo mają ogroooomne ekrany LCD) i tylko raz po raz słychać okrzyki radości, bądź zawodu. Kiedy przechodzi człowiek koło takiego 'cichego baru' i nagle zrywa się owacja, bo ktoś strzelił gola (względnie  spektakularnie go obronił), można zawału dostać. Po meczu, obowiązkowo fajerwerki, każdy w swoim zakresie. W Barcelonie bardzo łatwo można odgadnąć wynik meczu, licząc ilość pozytywnych owacji (lub zawiedzionych grupowych wyć). Zazwyczaj potem kogoś pytałam i potwierdzał moje przypuszczenia co do rezultatu. W Ourense nie jest tak łatwo, bo nigdy nie wiadomo, czy sąsiedzi są fanami jednej czy drugiej drużyny. Ale hałas robią taki sam. I fajerwerki odpalają tak samo.

O innych sportach nieczęsto się mówi w ogóle. Chyba, że ktoś sam należy do drużyny np. koszykówki, mimo, że Hiszpanie mają inne sportowe gwiazdy: Fernando Alonso z Formuły 1, czy Rafael Nadal - tenisista.


Bar

Restauracja Cię zawiedzie (patrz uwaga o godzinach otwarcia), sklep jakiegokolwiek rodzaju również, nawet supermarket potrafi zaskoczyć zamkniętymi drzwiami w środku dnia. Bar nigdy Cię nie zawiedzie, od 7 rano do 3 nad ranem. Zawsze będzie miał dla Ciebie małe piwo, małą kawę lub kanapkę z szynką (jamón).

Bary znajdziemy praktycznie w każdym mniej lub bardziej rozwiniętym kraju. Jednak Hiszpania to jedyny kraj, gdzie BAR zamienił się w instytucję wagi prawie równej własnemu mieszkaniu. Pytałam osoby, które mieszkały w innych południowych krajach, czy sytuacja wygląda tam podobnie. Jak możecie sobie wyobrazić, nie.

Tylko w Hiszpanii ludzie idą samotnie do baru, tylko po to, żeby wypić kawę i przeczytać gazetę. Bar jest drugim domem, w którym ludzie przesiadują godzinami sącząc jedno małe (małe = 0,2 l) piwo przez dwie godziny, spotykają znajomych (bo przecież zaprosić do domu to jakoś tak dziwnie), pracują, przychodzą pogadać z barmanem, który jeśli nie jest jeszcze ich bliskim znajomym i powiernikiem, to na pewno się nim stanie. Dzięki barom nie istnieje zjawisko wystawania pod sklepem z piwem - piwo można kulturalnie sączyć cały dzień w towarzystwie. Pijaczków nie wyeliminujemy, ale można ich ukulturalnić (i jeszcze na tym zarobić).

Ale to nie alkohol się najlepiej sprzedaje: większość zysków przynosi sprzedaż kawy (cena ok. 1 euro dla klienta, a dla baru - poniżej 20 centów). Skalę zjawiska ilustruje pewna inicjatywa, 'cafés pendientes', celem pomocy osobom, które na taką kawę już nie stać z powodu kryzysu (to wyznacznik biedy). Klient płacąc za swoją może zostawić kilka euro na kawę dla kolejnych klientów, którzy dopiero się zjawią, a których nawet nie zna. Walka z biedą a lo español.

Oprócz tego, każdy obywatel po pewnym czasie znajduje swoje miejsce, i jest jakby 'z tego baru'. Na przykład, jeśli chcielibyśmy pogadać z kimś, do kogo nie mamy ani telefonu, ani nie znamy adresu, nie ma facebooka ani niczego w tym stylu, wystarczy obczaić do którego baru chodzi. Barman na pewno nam zdradzi kiedy można go tam spotkać. Ja też mam już swój bar: w Ourense - La Habitación de Niña Caracol - czyli 'pokój pani ślimakowej'.


Ludzie zawsze chodzą do tych samych barów i bar to pierwszy lokal, który spotkamy w nowo wybudowanej dzielnicy. Kiedyś moim uczniom tłumaczyłam na lekcji angielskiego czym różni się village od town: village jest dużo mniejsza, praktycznie kilka domów, może mały kościół, sklep i tyle. Moja definicja została natychmiast skorygowana: żaden kościół ani sklep, ale na pewno 3 bary. To prawda! Nawet wsie z populacją nie przekraczającą 50 osób (są i mniejsze, poniżej 10 osób) mają swój bar, gdzie odbywa się praktycznie całe życie towarzyskie.

La comida

Od lat przeprowadzam takie oto ciche badania: kiedy w programie nauczania pojawia się temat jedzenia, pytam na początek: Do we live to eat or eat to live? Myślę, że w Polsce mało kto się zawaha nad odpowiedzią, i stwierdzi, że jemy po to by żyć. W Hiszpanii niektórzy mają wątpliwości, ale zdecydowana większość uważa, że życie jest po to, by jeść. Nie mówię tu o żadnych otyłych czy leniwych couch potatoes: tak uważają również dziewczyny o figurze modelki, lekarz medycyny z wieloletnim stażem itd.

W Hiszpanii gotuje się trzydaniowy posiłek 2 razy dziennie: na obiad (około drugiej) i na kolację (między dziewiątą a północą). Na początku bardzo dziwiły mnie restauracje zamknięte w godzinach, kiedy ja byłam głodna (18-19). Myślałam, że po prostu splajtowały. Potem odkryłam, że otwierają dopiero o w pół do dziewiątej wieczorem.

O jedzeniu Hiszpanie  mogą opowiadać i opowiadać. Jeśli zdarzy się Wam zaprosić kogoś tej narodowości na ugotowany przez Was posiłek, nie zdziwcie się, że zamiast steku pochwał usłyszycie o innych wyśmienitych daniach z podobnych składników lub o podobnym smaku, które jedli. To normalne. Oni po prostu lubią ten temat. I trzeba to odczytać tak, że porównują to danie z innymi na wysokim poziomie - taki komplement nie wprost.

Osobiście uwielbiam hiszpańską kuchnię, pełną świeżych warzyw i owoców morza. Prawdą jest też, że każdy region ma swoje dania, ale są i takie uniwersalne, jak np. tortilla, (nie mylić z kukurydzianymi plackami rodem z Meksyku), croquetas albo flan. Do tego musi koniecznie lampka wina. Nieważne, że po obiedzie należy wrócić do pracy...

Mariscada - uczta z owoców morza